Kilka dni temu uczestniczyłam w rozmowie panelowej “Odpowiedzialność w czasach próby” w Instytucie Myśli Politycznej im. Gabriela Narutowicza. Centrum Edukacyjne Instytutu zostało nazwane imieniem Jana Karskiego – uroczystość była okazją do refleksji: czym jest odpowiedzialność w czasach próby, także w dzisiejszych czasach?
W rozmowie uczestniczyli też Pan Premier Jerzy Buzek, Dyrektor Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau Piotr Cywiński oraz profesor Andrzej Leder. Gościem specjalnym wydarzenia była białoruska opozycjonistka Maria Kalesnikava.
– Dla mnie, wybór zawsze jest związany z odpowiedzialnością – mówiła.
Branie odpowiedzialności niesie ze sobą koszt, podkreśliła opozycjonistka, która w białoruskim więzieniu spędziła 5 lat (z 11, na które została skazana). Branie odpowiedzialności to gotowość do działania. Odwaga do stawiania oporu, odwaga do mówienia, mówiła.
Koszt decyzji Kalesnikavej i innych więźniów politycznych (parę dni temu Andrzej Poczobut mówił, że liczba więźniów politycznych w Białorusi przekracza 900 osób) ponoszą nie tylko oni sami, ale też rodziny. Opozycjonistka z uznaniem, czułością i mocą mówiła o wsparciu ze strony siostry, Tatiany, która walczyła o nią jak lwica. Współodpowiedzialność, obecność dla siebie tych dwóch sióstr są imponujące, piękne.
Historyczna część naszej rozmowy krążyła wokół odmienianego przez różne przypadki filozofa Emmanuela Levinasa i jego tezy o “wrodzonej”, naturalnej odpowiedzialności człowieka za Innych. Była mowa o podziale odpowiedzialności w społeczeństwie i zasadzie pomocniczości państwa – założeniu, że problemy należy rozwiązywać na jak najniższym szczeblu i możliwie “blisko człowieka” lokować za te problemy odpowiedzialność (nie o to chodzi, żeby politycy angażowali się w działania charytatywne, stwierdził jeden z panelistów). Była mowa o tym, że odpowiedzialność nie podejmowana na wyższym szczeblu spada na szczebel niższy – aż do najniższego szczebla “zamiataczy ulic”, a także, że w ustroju demokratycznym możliwość brania odpowiedzialności za swoje sprawy jest przywilejem.
Cóż, jestem zamiataczką ulic.
Jestem zamiataczką, która obserwuje, jak odpowiedzialność nie podejmowana na wyższych szczeblach faktycznie spada na niższe, aż do mojego poziomu organizacji pozarządowej. Widzę, że odpowiedzialność spychana metodycznie na dół stanowi dla nas, pozarządowych zamiataczy, czasem niemożliwe wręcz do uniesienia zadanie. Odpowiedzialność niepodejmowana wyżej spada w dół nie jako przywilej – spada jako ciężar.
Ktoś powie: nie muszę go brać. To prawda. Ale są sprawy dla mnie ważne, tak ważne, że nie zostawię ich samym sobie.
Po pierwsze: wybory
Pierwsze moje skojarzenie ze słowem “odpowiedzialność” dziś to wybory, z którymi przyjdzie się nam zmierzyć w 2027 roku. W mediach pojawiają się pierwsze jaskółki narracji, których się obawiam: antymigranckie treści i deklaracje, ostre słowa i oskarżenia, militaryzująca sztywność rozmowy o migracji jako czymś wymagającym eliminacji. I rząd i opozycja ostrzą pazury i gotują się do walki, której wiele zwykłych osób w społeczeństwie się obawia i nie chce. Strona rządząca już insynuuje, jakoby protesty we Francji były dziełem migrantów, właśnie zapowiedziała dalsze zaostrzenie przepisów dotyczących obywatelstwa (jakby dostać je było łatwo). Opozycja z kolei planuje łapanki ludzi na wzór amerykańskiego ICE. Słyszę z różnych stron: nie potrzebujemy więcej napięć. A przecież kampania na napięciach się opiera.
Każda kampania przedwyborcza w Polsce od 2015 roku używała tematu migracji jako paliwa. Padały kłamstwa, manipulacje, przekłamania, windowane były pod sufit emocje i lęki, fabrykowane teksty i ilustracje.
Dziś, gdy polskie społeczeństwo jest poddawane potężnej dezinformacji, straszone, karmione treściami tworzonymi przez AI, kampania przedwyborcza jawi się jak zbliżający się, potworny armagedon. Relacje polsko-ukraińskie przeżywają trudny czas. Nie chcę, aby stały się elementem kampanii, a spodziewam się, że to się wydarzy. Kampanie często niszczą relacje międzyludzkie – w tym roku obawiam się ich szczególnie. Patrzę w górę na drabinę odpowiedzialnych – nie widzę tam troski.
Moje poczucie odpowiedzialności w tej sprawie – z perspektywy zamiatacza ulic – to za mało (choć Kalesnikava mówi, że każdy człowiek ma moc zmienić świat). Potrzebna jest refleksja polityków stojących na czele rywalizujących ugrupowań. Potrzebna jak tlen odpowiedzialność tam na górze – za mnie, za moją społeczność, za wszystkie małe społeczności, które składają się na Polskę. Oczekuję tej odpowiedzialności, dopominam się – póki co nie widać rezultatu.
A przecież da się. Ci, którzy mogą realnie wpłynąć na kształt walki, która nas czeka, mogą umówić się na cywilizowane zasady gry. Są kraje, które ograniczają przestrzeń do korzystania ze sztucznej inteligencji przez uczestników kampanii wyborczych. Jest możliwa niezgoda na kłamliwe treści – i wyciąganie konsekwencji za kłamstwa. Można umówić się, że pewnych rzeczy się nie robi – na przykład nie fabrykuje na użytek kampanii fałszywych obrazów. To już by było coś.
Nie jest niemożliwe ograniczenie narzędzi stosowanych w kampanii, tak, aby nas, wyborców, nie przeczołgać ponad miarę, żebyśmy przeżyli jako wspólnoty, nie przepadli w zalewie podsycanej przedwyborczo nienawiści.
Po drugie: organizacje społeczne w Polsce
O roli i odpowiedzialności organizacji słucham regularnie z ust polityków. W tym roku również słuchałam: gdy ograniczano rządowe wsparcie dla matek z dziećmi, osób starszych, osób niepełnosprawnych, osób chorych. Słuchałam regularnie od polityków, że wspierając ludzi w patowej sytuacji życiowej i prawnej, w którą wpadają na skutek rządowych decyzji, robimy to właśnie, co do nas należy i taka nasza rola.
Z perspektywy pozarządowego zamiatacza ulic, jakie to jest cyniczne i okrutne, przenosić na kogoś odpowiedzialność za bajzel, który się bez opamiętania tworzy. Jakie to jest, zwyczajnie, świństwo.
Osiadam dobrze w metaforze sprzątaczki. Otóż co innego jest sprzątać dom, w którym trzeba odkurzyć i ogarnąć kuchnię czy łazienkę, ale jaśnie państwo zachowują się jak ludzie – zasadniczo dbamy o przestrzeń razem. Co innego sprzątać w domu, w którym gospodarze co i rusz rozbijają meble, tłuką naczynia, rozsypują ziemię z kwiatów po podłodze i sieją zniszczenie. W takim domu czuję, że mieszkam. Sprzątam, ale nie nadążam.
Decyzje rządu przysparzają organizacjom wspierającym migrantów i zabiegającym o prawa człowieka pracy niemożliwej do wykonania, dorzucają wyzwań, uszczuplają zasoby.. Jaśnie państwo tłuką szybciej, niż da się pozamiatać. Co i rusz kolejne szkody – nie nadążamy ich niwelować.
Gdzie jest odpowiedzialność rządzących za nasze środowisko? OKOPress opublikowało niedawno tekst o tym, jak poprzedni rząd systematycznie niszczył środowisko pozarządowe. Obecny rząd kontynuuje tę politykę, warunki naszej pracy są dziś bardzo trudne.
Po trzecie wreszcie: odpowiedzialność jako głos
Jan Karski był wspominany na konferencji jako świadek, głos, ktoś, kto przekazał na Zachód informacje o istnieniu obozów koncentracyjnych, realiach fabryk śmierci. Początkowo nikt nie potraktował go poważnie.
Trudno o tym rozmawiać, ale trzeba: przeszłość, pamięć o niej, odpowiedzialność pielęgnowania pamięci jest dziś przesłaniana przez teraźniejszość, dzisiejszą krzywdę, dzisiejszą śmierć. Spojrzenie w przeszłość zawsze będzie już przesłonięte przez cierpienie, które państwo izraelskie zadaje obecnie. Nie sposób mówić o tym, co było, nie mówiąc o tym, co jest.
Dzisiejszy Jan Karski pisałby raporty – kręcił filmy – w Hebronie. w Gazie. Dziedzice Karskiego to dwójka reżyserów filmu NAZA Yuval Abraham oraz Rachel Szor. Reżyserka filmu Hind Rajab, pochodząca z Tunezji Kaouther Ben Hania. Ludzie różnych narodowości, którzy nagrywają burzenie dzielnic w Hebronie, wypalanie gajów oliwnych palestyńskich rodzin, przemoc, śmierć, zniszczenie, które cały świat śledzi w internecie. W Gazie, na Zachodnim Brzegu tu i teraz dzieje się Zagłada.
Odpowiedzialność za tę Zagładę – tu i teraz – też spływa na sprzątaczy ulic w społeczeństwie izraelskim. Są w nim Karscy, którzy dokumentują, towarzyszą, wspierają, strzegą ofiary przemocy. Karski był sam, ich też jest nie tak wielu. Politycy – wynika póki co z wyborów – nie widzą dla siebie w tej sprawie roli, nie biorą odpowiedzialności.
Kalesnikava podkreśla: decyzje niosą skutki, niosą koszt. Ten koszt, bez wątpienia, przyjdzie.