Wśród chaosu doniesień z Ceuty pojawiła się taka, że większość migrantów, którzy w ostatnich dniach przedostali się z Maroka do Ceuty, a potem wrócili z powrotem, pochodzi z Sahary Zachodniej.
Nie wiem, czy pochodzi. Korzystam z okazji, żeby opowiedzieć o tych ludziach. Są warci opowieści: od 50 lat utrzymują nadzieję, wiarę i walczą o to, aby odzyskać niepodległe państwo.
Sahrawi – czyli ludzie Sahary
Sahara Zachodnia na obecnych mapach to dolna część Maroka, często odznaczona od północnej części przerywaną linią. Mieszkańcy są podzieleni: część mieszka pod okupacją w regionie, który władze Maroka systematycznie zasiedlają i czyszczą z wcześniejszej tożsamości. Część mieszka na emigracji – w dużej części w Algierii, niedaleko marokańskiej granicy, w pięciu obozach dla uchodźców, które przez ostatnie 50 lat przybrały kształt pustynnych miast: są murowane budynki, sklepy, szkoły, ośrodki zdrowia. W sklepach ryż, makaron, szybkowary i miksery, kołdry i poduszki. Jest materiał na turbany, pięć kolorów do wyboru, i stroje – wszystko z Chin, importowane w większości z Mauretanii.
Obozów jest pięć, mieszka w nich około 170 tysięcy ludzi – nikt nie wie i nie liczy dokładnie, ta liczba sama w sobie jest narzędziem politycznym. Jedni chcą ją zawyżać, inni zaniżać. UNHCR, który od 50 lat dostarcza do obozów wodę, podaje, że mieszkańców jest 173 tysiące, z czego 90 tysięcy to osoby „wrażliwe”: dzieci, osoby starsze, samotne matki, osoby z niepełnosprawnościami.
Liczba mieszkańców obozów jest w miarę stała, co samo w sobie jest niewiarygodne. Od 50 lat 170 tysięcy funkcjonuje na tej pustyni niemal wyłącznie dzięki pomocy humanitarnej. Na uchodźstwie rodzi się, chodzi do szkoły już trzecie pokolenie Sahrawi. Ich głównym marzeniem jest powrót do domu, do okupowanej ojczyzny.
Pięć obozów, cztery miasta
Każdy z obozów (z jednym wyjątkiem) nosi nazwę miasta z Sahary Zachodniej – na pamiątkę. Mieszkam w Aousserd. Prawdziwe, pierwotne Aousserd to małe miasto na pustyni, trzy godziny jazdy samochodem od oceanu, mniej więcej w połowie okupowanej przez Maroko części Sahary. Przecina je jedna droga z północy na południe. W obozie dla uchodźców z Sahary w Algierii, który nosi nazwę Aousserd ścianę budynku przy centralnym placu zdobi mural pełen ryb, na którym króluje wielka ośmiornica. Wspomnienie domu to dla uchodźców na pustyni to niezupełnie inna pustynia. To wspomnienie dostatku, dostępu do łowisk, dobrobytu, zasobów i możliwości, palm i daktyli.
Nie ma ich tu.
Aousserd to plątanina piaszczystych dróg rozdzielających kwartały domów z pustaków, namiotów, niedokończonych konstrukcji, wzbogaconej obficie stertami złomowanych aut, wszędobylskiej przerdzewiałej blachy, resztek siatki. Snują się między nimi kozy. Po wykrotach jeżdża rozklekotane samochody, chodzą kobiety w melfach: barwnych zawojach okrywających je od stóp do głów, mężczyźni w schludnych strojach: długich niebieskich koszulach albo na europejsko. Niebieskie skrzynki tu i ówdzie to rozdzielnie wody. Domostwo to zwykle kilka budynków: osobno sypialny, osobno kuchnia, osobno wychodek. Między nimi tradycyjny namiot, zbiornik na wodę, wszędobylski piach.
Inne obozy to Bojador (pierwotne Bojador to jedno z większych miast Sahary, nad samym oceanem), Smara (w lipcu 2026 dotknięta przez pożary), Layoune (Laayoune), Dakhla (latają tam od niedawna tanie linie, z powodu wspaniałych plaż i pięknych wydm, co dodatkowo podgrzewa konflikt Sahrawi z Marokiem, bo to ostatnie oczywiście czerpie z tego zyski), wreszcie – Rabouni, jedyny obóz bez odpowiednika w macierzy, gdzie mieści się administracja i centrum logistyczne. Niektóre obozy bardziej przypominają miasteczko, inne luźne osiedle. Każde otacza ziemny wał – daje namiastkę bezpieczeństwa i kontroli. Wejść do obozu się da, ale wjechać niezauważonym – już nie.
Obozy w Algierii ukryte są na kawałku pustyni na południe od gór Atlas, w Kotlinie Zachodniosaharyjskiej. To nie malownicze wydmy, raczej żwirowo-piaszczyste, płaskie pustkowie. Kotlina otoczona jest górami ze wszystkich stron, bardzo sucha, a klimat ekstremalny. Dni są wściekle gorące, temperatura dochodzi do 50 stopni. Noce tak chłodne, że potrzebne koce czy ciepły śpiwór. Opady śladowe – chyba, że przyjdzie burza.
– Dotykają nas mocno zmiany klimatu – mówi Mohamed, młody Saharyjczyk, biegły angielski po studiach w Hiszpanii. – W naszych warunkach są bardzo dotkliwe. Wzrost temperatury o stopień czy dwa jest trudny do zniesienia, ale gorsze są zmiany wzorców pogodowych, nieprzewidywalne, gwałtowne zjawiska – niespodziewane burze, niespodziewane opady – wszystko to trudno przetrwać ludziom w małych domkach czy namiotach.
W 2015 roku 57 tysięcy ludzi musiało być ewakuowanych z obozu, który dosłownie się rozpłynął. Ziemia tu jest mocno zasolona. Po deszczu ziemne cegły chłoną wodę jak gąbka, po prostu się rozpadają. To dlatego dziś tu i ówdzie widać kupki rozpływających się cegieł, a domy uchodźcy budują dziś z pustaków. Gdzieniegdzie widać tradycyjne namioty saharyjskich nomadów – tejpy. Prostokątne konstrukcje mają lekko spadzisty dach i drzwi w każdej ścianie. Manewrowanie zasłonami w drzwiach pozwala utrzymać w namiocie cień i przewiew lepiej, niż w murowanym budynku. Są wysokie na tyle, że można swobodnie stanąć. Nie mają sprzętów oprócz materacy, na których można usiąść albo się położyć (zresztą tak samo umeblowane są murowane pomieszczenia). Jeden kąt namiotu jest zarezerwowany na przestrzeń kuchenną – tutaj robi się herbatę.
Dobre życie – to czas
Herbata zaczyna się od przyniesienia małego piecyka, mini-kozy pozbawionej rury. Do tego – rozżarzony węgielek i więcej węgielków. Najpierw wachlując kawałkiem tektury trzeba sprawić, że rozżarzony węgielek nabierze mocy i rozżarzy pozostałe węgielki. Potem gotuje się na węgielkach wodę. Potem parzy herbatę. Można dodać mięty. Dodaje się cukru. Następnie nieskończoną ilość razy z wysokości powoli przelewa się herbatę z dzbanka do szklaneczki, ze szklaneczki do drugiej szklaneczki, z drugiej do pierwszej – aż na herbacie powstanie porządna pianka. Pianka ma cel – osłania płyn od drobinek piasku.
Herbatę podaje w małych szklaneczkach podobnie jak w Turcji, przy czym szklaneczka wędruje najpierw do tych, którzy siedzą najdalej od kuchennego kąta. Od wyrażenia chęci napicia się herbaty do pierwszego łyka mija z grubsza godzina.
– Mogę spędzić na parzeniu i piciu herbaty cały dzień – mówi Tateh, młody Saharyjczyk, który po studiach w Hiszpanii wiedzie podzielone życie: trochę tam, trochę tu. – Przystosowanie się do życia w Europie jest dla nas trudne. I na studiach, i w pracy wszystko dzieje się szybko, na czas, życie jest intensywne, pośpieszne. Dobre życie jest tutaj, do niego tęsknię. To, co dla Sahrawi jest ważne, to spokój, to czas.
Tateh twierdzi, że wielu Sahrawi żyje, jak on: na dwa kraje. Zarabiają w Europie, żyją na Saharze. Tu mają rodziny, i spokój.
Zależni
Życie byłoby całkiem dobre, gdyby być u siebie. Na uchodźstwie Saharyjczycy żyją w permanentnej zależności. Obok każdego gospodarstwa leży wielka gumowa poducha – zbiornik na wodę, uzupełniany raz w miesiącu przez UNHCR. Niebieskie, czasem też zielone lub brudnobiałe poduchy są napęczniałe na początku miesiąca. Z czasem wiotczeją, flaczeją, aż pod koniec miesiąca poducha jest pusta. Patrzę, jak poduchy goszczącej nas rodziny wiotczeją – oni na to patrzą dzień w dzień, od 50 lat. Trudno mi to sobie wyobrazić, co się czuje żyjąc na łasce dostarczycieli wody miesiąc po miesiącu. 90 procent mieszkańców obozów żyje z pomocy humanitarnej. Ci, którzy mieszkają tu od początku, widzieli wiotczejący życiodajny balon ponad 600 razy.
2025 rok przyniósł ludziom pogorszenie jakości życia, gwałtownie. Podobnie jak w Polsce i na całym świecie sektor pomocy humanitarnej mocno ucierpiał po decyzji amerykańskiego prezydenta o wstrzymaniu finansowania dla tego sektora. Z dnia na dzień budżety organizacji humanitarnych skurczyły się, nawet o połowę i więcej. Zamknięto pomocowe programy, świetlice dla dzieci, różne zajęcia edukacyjne dla dorosłych, naukę hiszpańskiego, która pomagała młodym Sahrawi podjąć studia w Hiszpanii. Na szczęście woda została. Podstawowa pomoc żywnościowa też została – przed każde domostwo oprócz wody regularnie trafiają worki z ryżem, czy inne suche jedzenie.
– Dieta jest tu bardzo uboga w witaminy. Ludziom brak owoców i warzyw – mówi Mohamed z inicjatywy The Nomad Garden (https://thenomadgarden.com/). Opowiada o swoich eksperymentach z hydroponiką. Jego projekt to małe rodzinne ogrody, które korzystają z zamkniętego obiegu wody. Potężny, wspaniały ogród na pustyni nie powstanie, ale korzystając z wody w oszczędny, przemyślany sposób, a przede wszystkim wykorzystując ją kilkukrotnie, da się wyhodować podstawowe warzywa i uzupełnić dietę rodziny o potrzebne witaminy – i o to chodzi. O budowanie, choć ciut, choć symbolicznie, samodzielności.
Mikro ogródki, nawet bez hydroponiki, widać przy niektórych domach – to też efekt wcześniejszych projektów pomocowych wspierających choć minimalną samowystarczalność. Ich utrzymanie jest ekstremalnie trudne. Gumowa poducha wody nie wystarcza na regularne podlewanie. W kurzu, zabezpieczone przed kozami kawałkami blachy, siatki, metalowych elementów nie wiadomo czego, rosną cukinie i bakłażany, małe papryczki, cebula. Na pustyni to jest imponujące.
To, co jest.
Obozy pod Tindouf są miejscem innych innowacji. Tateh wymyślił na przykład innowację budowlaną: okrągłe domy budowane z butelek plastikowych wypełnionych piaskiem. Że nie ekologiczne?
– Zastanawiałem się, czego tu jest dużo. Jest dużo piachu. Jest też dużo plastikowych śmieci. Ponieważ słona ziemia tak tu ciągnie wodę, budowa z piasku zamkniętego w butelce daje konstrukcji większą trwałość – mówi Tateh.
Budowla przypomina igloo. Konstrukcja z butelek z piaskiem jest dodatkowo obłożona gliną – tworzy niewielki domek, małe otwory zapewniają wentylację, jest w nich wyraźnie chłodniej, niż na zewnątrz. Takie domki Tateh zbudował najpierw dla swojej babci, potem dla koleżanki babci, potem kolejne, zawsze dla osób wymagających pomocy. Następne już ma w planie. Kombinujemy, że budowanie domku byłoby dobrym zadaniem dla wolontariuszy.
Dom kosztuje około 2,5 tysiąca dolarów – większość pochłania praca ludzi. Piach i plastik są za darmo.
W Aousserd jest też inny biznes: pizzeria. Dwanaście lat temu właścicielka restauracji dostała dotację na rozwój własnego biznesu w ramach pomocy humanitarnej. Otworzyła pizzerię. Organizacja humanitarna zamknęła podwoje, ale biznes przetrwał. Kobieta zatrudnia 12 osób: dziewczyny zatrudnia na zmianę dzienną, chłopaków na wieczorną. Pizza na pustyni to trochę pizza z serem, jaki w Polsce w latach 80. dostawalo się z darów – przypomina topiony, ale bardzo przyjemnie jest zjeść pizzę na pustyni. Podczas imprezy kulturalnej, na której jestem, lokal jest pełny.
Sahrawi są muzułmanami, ale panuje tu równouprawnienie. Nie wiem, czy to element wcześniejszej kultury, czy skutek wojny i uchodźstwa. Jak przy każdej wojnie nieobecność mężczyzn daje kobietom nowe obowiązki, ale też nowe funkcje społeczne, nowe możliwości. U Sahrawi czasem ma się nawet wrażenie, że panuje matriarchat. Kobiety są ważne, one podejmują wiele decyzji, one odpowiadają za różne zajęcia domowe: naciąganie lin tejp, gotowanie, opiekę nad dziećmi, zajmują się obejściem, ale też pełnią funkcje społeczne, liderskie: prowadzą szkoły, przychodnie zdrowia, zakładają organizacje, pracują jako saperki czy policjantki.
Był napalm, są drony
Bezpieczeństwo na pustyni to jest wyzwanie. Jako zagraniczni goście możemy poruszać się po obozie tylko w towarzystwie kogoś z goszczącej rodziny. Każdy obóz jest strzeżony, całość patrolowana przez oddziały Frontu Polisario – politycznego ruchu Sahrawi na rzecz niepodległości.
Polisario nadzoruje ochronę obozów, algierskie oddziały nie mają tu wstępu. Polisario kontroluje też część okupowanej Sahary Zachodniej. W latach 80. Maroko odgrodziło teren pod swoją kontrolą od terenów kontrolowanych przez Polisario potężnym murem. Biegnie on wzdłuż południowej i południowo-wschodniej granicy państwa na długości 2700 kilometrów. Obszar za murem jest nadal przedmiotem ataków militarnych, a teren wzdłuż muru zaminowany.
– Brak nam dronów – ubolewa młoda saperka, która przez kilka lat rozminowywała teren wzdłuż muru, teraz skupia się na edukowaniu dzieci i młodzieży na temat zagrożenia, którym są miny. Metody prowadzenia wojny i tu się zmieniły. Maroko używa do ataków dronów, a Sahrawi ich nie mają.
Mur, miny i drony są współczesnymi narzędziami wojny, w latach 70. Maroko stosowało w wojnie z Sahrawi także napalm i biały fosfor. Obie substancje to broń zapalająca, ale żrąca i toksyczna dla człowieka. Zrzucana na ludzkie osiedla, obozy dla uchodźców wypalała ciało do kości. Biały fosfor nie gaśnie – czytam – przy zmianie opatrunku samoistnie zapala się w ranie. Płonie w temperaturze 800 stopni. Topi ludzkie ciało. Niszczy organy wewnętrzne. Zabija. W Maroku zginęło w ten sposób kilka tysięcy ludzi.
Według organizacji pozarządowych, na przykład Genocide Watch, ale też hiszpańskiego Sądu Najwyższego, który prowadził postępowanie sądowe w tej sprawie w 2015 roku, działania Maroka wobec Sahrawi od 1975 do 1991 roku powinno się uznać za ludobójstwo. Hiszpański sędzia wydał wówczas międzynarodowe nakazy aresztowania 11 kluczowych wojskowych i polityków odpowiedzialnych za mordowanie Sahrawi. Sprawa nie doczekała się końca. Maroko odmówiło współpracy. Odpowiedzialnych za masakry ludności nigdy nie pociągnięto do odpowiedzialności. Nikt nie poniósł kary za to, co się wydarzyło.
A jednak w Sahrawi jest nadzieja
W Saharze Zachodniej nie ma mowy o wolności słowa, wolnych mediach, rozwoju saharyjskiej tożsamości. Nie udały się póki co żadne rozmowy pokojowe ani plany uregulowania sytuacji, w tym plany pokojowe ONZ z 1991 roku, gdy proponowano referendum. Ostatnio Maroko położyło na stole ponownie pomysł ograniczonej autonomii dla Sahary Zachodniej, czemu przyklasnął Trump. Sahrawi nie chcą jednak autonomii. Chcą decydować o własnym kraju.
Sytuacja Sahrawi jest trudna (Bartek Sabela pisze o tym w książce „Wszystkie ziarna piasku”). Ludzie nie mogą swobodnie mówić na ulicy w swoim języku. Nie ma edukacji wyższej w Sahrawi dla Sahrawi, ani uczelni wyższych w okupowanej części. Maroko systematycznie wykorzenia Sahrawi – i nawet najbardziej zagorzali i oddani walce o niepodległość bojownicy przyznają, że edukacja dzieci, podtrzymanie narodowej świadomości i własnego języka to jest duże zmartwienie i wyzwanie. Ludzie doświadczają aresztowań i przemocy. Mają podstawy nie mieć do Maroka zaufania. Stale prowadzona jest też akcja osiedlania Marokańczyków w Saharze, co zmienia kompozycję lokalnej ludności.
Mimo to: „Lā badīl, lā badīl ʿan taqrīr al-maṣīr!” („Nie ma alternatywy, nie ma alternatywy dla samostanowienia!”), albo po prostu „Lā badīl, lā badīl” krzyczą ludzie na festiwalu filmowym Fisahara w obozie dla uchodźców pod Tindouf w sposób, który skandowano w Polsce hasło „Nie ma wolności bez solidarności”.
50 lat na uchodźstwie ludzie gorąco i z przekonaniem mówią i marzą o niepodległości. Słucham i patrzę, jakby entuzjazmem zaklinali rzeczywistość – czas bowiem biegnie. Sahara się zmienia. Ludzie są zmęczeni. Dzieci zapominają ojczysty język. Perspektywa rozwoju kusi młodzież do wyjazdu na studia do północnego Maroka.
Coś jest jednak niezwykłego w tych ludziach. Nie tylko garstce opozycjonistów po wieloletnich więzieniach, których spotykamy. Także innych mieszkańcach: pani od pizzy, rodzinie, która nas gości, ludziach, których odwiedzamy – rodzaj upartej determinacji. Gdy krzyczą swoje „Lā badīl, lā badīl”, gdy wymachują flagami Sahary na wieczornym koncercie na środku pustyni, gdy siedzimy ramię w ramię słuchając saharyjskich przebojów, trudno nie kibicować.
– Będziemy walczyć o wolność kolejne 50 lat, jeśli będzie trzeba – mówi jeden z opozycjonistów, starszy pan, kiwam uprzejmie głową. Ale gdy to samo mówi młoda kobieta, i druga, i młody chłopak, i drugi i trzeci – to robi wrażenie. Robi wrażenie, że po studiach za granicą ci młodzi wracają. Wymyślają te hydroponiczne innowacje, urządzają wystawy w nowojorskim MOMA, jest w nich wierność niepodległościowej idei, wola życia, upór, cierpliwość, które są niezwykłe.
Fisahara, festiwal filmowy, który mnie tu sprowadził w maju tego roku, jest projektem hiszpańskiej organizacji pozarządowej. To jedyny na świecie festiwal filmowy organizowany w obozie dla uchodźców. Hiszpania ma wobec Sahrawi rodzaj osobliwego poczucia winy, który, mówiąc wprost, wynika ze zdrady, ale dziś daje ludziom w obozach ważnego sojusznika.
Wycofując się z Sahary po niespełna stu latach rządów (Sahara Zachodnia była Saharą Hiszpańską w latach 1884–1976) Madryt, decyzją generała Franco, zostawił ludzi na pastwę Maroka i Mauretanii, za plecami Sahrawi. Hiszpania nie interweniowała, gdy kraj został zaatakowany, a potem anektowany. Dziś większość organizacji humanitarnych w obozach to organizacje hiszpańskie. Hiszpania przyjmuje studentów na studia. Po hiszpańsku uczą się mówić dzieci w obozach. Hiszpania leczyła niedawno jednego z liderów opozycyjnego Frontu Polisario, co stało się kolejnym powodem furii Maroka.
Napięcie wokół Ceuty, manipulacje migracyjne i naciski na Hiszpanię to element wieloletniej, napiętej relacji między tymi krajami.
Nie wiem, czy migranci w Ceucie pochodzili z Sahary Zachodniej. To dobra okazja, żeby opowiedzieć o Sahrawi. O tym, że ogromna część tego narodu od 50 lat jest uchodźcami w Algierii. Sahrawi mieszkający w Maroku to ludność okupowana. Nie mogą odezwać się we własnym języku na ulicy. Nie mają swobody przemieszczania się czy organizowania. Nie ma możliwości, aby przejechali przez cały kraj na Ceutę w takiej liczbie wbrew marokańskiemu państwu.