Azory jak czakram migracyjny

Są Dwa Wybrzeża, Cztery Wybrzeża, Pięć Wybrzeży i Wybrzeże Wielkie. Wybrzeża czyli Ribeiras. Całe Azory pełne są Wybrzeży, co nie dziwi, biorąc pod uwagę, że mówimy o archipelagu, ale i tak same nazwy miejscowości, z wyspy na wyspę, sprawiają radość.

Cóż to za wybrzeża! Czarne, porowate jak pumeks skalne wygibasy tworzą zakamarki, przesmyki, pułapki, zasieki, naturalne baseny i syfony na spienioną wodę. Są zatoki, klify, czarne plaże. Urwiska, ale też rozkoszne zielone łąki, które schodzą łagodnie niemal do samego oceanu. Czasem nic nie ma – bo widok innych wysp, łąk i oceanu zasłaniają chmury i mgły (w folderach piszą: „nie złość się, to dzięki mgle jest tu pięknie”). Azory zapierają dech, wietrzne, pachnące, pełne wulkanicznych stożków, łąk, krów, wodospadów i hortensji.  

Na środku Atlantyku Azory, oprócz tego, że piękne, są jak migracyjny czakram. Skupiają wiele dróg, przez stulecia, przez rządy i systemy, którymi przemierzali i ludzie i wieloryby.

W Wielkim Wybrzeżu (Ribeira Grande) na wyspie San Miguel, w starej hali targu rybnego, jest niewielkie Muzeum Emigracji. Opowiada najpierw o tym, jak w XV wieku przybyli tu pierwsi osadnicy. Potem o tym, jak przez kolejne stulecia ludzie migrowali z wysp za chlebem – do Brazylii, USA, na Hawaje, do Kanady. Także o tym, jak na losy ludzi wpłynęły migracje wielorybów – Azory przez stulecia były przystankiem nie tylko żeglarzy, ale też kaszalotów i humbaków przemierzających ocean – mają tu regularny punkt przystankowy. Piętrzą się w muzeum zielone, niebieskie, brązowe wielkie kufry z okuciami i wykaligrafowaną na biało nazwą portu “Porta Delgada”.

Myszy mówią

Przyjmuje się, że wyspy odkrył portugalski żeglarz Diogo de Silves w 1427 roku – ale kto to wie? Możliwe, że był kapitanem Henryka Żeglarza, ale czy był? Pierwsze wzmianki o Azorach to notatki na mapach – akurat na nazwisku Diogo rozlał się tusz. Wiadomo za to, że kiedy w 1493 roku Krzysztof Kolumb wracał do Europy z pierwszej wyprawy do Ameryki (jak się okazało), zatrzymał się na wyspie Santa Maria, jak nazwano pierwszą z odkrytych wysp. Druga była San Miguel. Trzecią nazwano po świecku – Terceira. Głównych wysp tworzących archipelag jest dziewięć, w trzech grupach. Archipelag na mapie to małe kropeczki, ale w sumie mierzy tyle, co długość całej kontynentalnej Portugalii. Przy dobrej pogodzie z jednej wyspy widać inną.  Z Terceiry na przykład widać Pico – harmonijny wulkaniczny stożek, malowniczy o zachodzie słońca.

Wysepki są nieduże – Terceirę objeżdża się w nieco ponad godzinę. W zachodniej części jedzie się przez wonne eukaliptusowe i wawrzynowe lasy, na północy – wzdłuż postrzępionego wybrzeża, na wschodzie są drogi obsadzone szpalerami hortensji, na południu łąki. Można też przejechać wyspę „na przestrzał”. Wtedy po drodze mija się więcej hortensji i tajemniczy uschnięty zagajnik obok miejsca, gdzie „wyspa oddycha” – z wulkanu wydobywa się tu para wodna. Każda z wysp to wulkan lub grupa wulkanów. Ze szczytu św. Barbary na Terceirze widać liczne mniejsze kratery rozsiane po wyspie.

Współczesne badania wykazały, że zanim pojawił się na Azorach Portugalczyk Diogo zawitali tu Wikingowie.  Wiadomo to dzięki badaniom myszy. Na archipelagu nie ma większych zwierząt oprócz ptaków oraz oprócz tych, które trafiły na wyspy z żeglarzami. Jest więc dużo bydła, są małe króliki, a także myszy i szczury, które zeszły ze statków. Analizy genetyczne wykazały, że azorskie myszy to krewne myszy skandynawskich. Musiały dostać się tu na statkach Wikingów (później znaleziono inne ślady ich obecności), ci jednak nie zostali na stałe. Osadnictwo, które przetrwało, zaczęło się od Portugalczyków.

Brazylia głodna rąk do pracy

Portugalia była pierwszym i najdłużej działającym mocarstwem kolonialnym, a Azory jedną jej pierwszych kolonii. Od XVI do XX wieku Portugalia budowała potęgę bazując na globalnym handlu: przyprawami, trzciną cukrową, a także handlu ludźmi, na ogromną skalę. Podporządkowała sobie terytoria wszędzie, gdzie zawitali kolonizatorzy: od Azji (Makau, Timor), przez Afrykę (Mozambik, Angola, Gwinea Bissau), po Amerykę Południową i największą kolonię: Brazylię.

Mechanizm był wszędzie podobny: uprzywilejowane osoby, majętne i pozostające w dobrych relacjach z Koroną, zyskiwały na podbijanych terytoriach prawo do ziemi. Reszta klepała biedę pracując na dobrobyt elit. W Brazylii skala osadnictwa i dostępność ziemi były ogromne, potrzeba siły roboczej nieprzebrana – dla ubogich wyspiarzy stała się życiową szansą.

Tak samo jak emigranci z Polski, Azorczycy po przybyciu do Brazylii dostawali kawał dziewiczej puszczy – trzeba go było wyciąć, wykarczować, zbudować drogę, aby z niej móc korzystać. Wycinanie ogromnych drzew, przecinki przez puszczę, proste drewniane domy – widać je i w muzeum w Ribeira Grande, i w Muzeum Emigracji w Gdyni.

Nie wygląda na to, żeby Portugalia mocno w Azory inwestowała. Dla potężnego mocarstwa wyspy były rezerwuarem siły roboczej i portem przesiadkowym. Na każdej z wysp jest jedno, czasem dwa miasta – ładne, z rynkiem, ratuszem, kościołami, promenadą i portem – leniwy, spokojny czar.

Brakowało jednak możliwości zarobku, szansy na rozwój. Brazylia przyciągała więc nowych osadników z Azorów bardzo skutecznie. W XIX wieku podróż do Brazylii trwała 25-40 dni, wcześniej pewnie trochę dłużej. Podróż i samo przeżycie drogi już było kosztowne, więc migracja zaczynała się od pożyczki. Szybko pojawili się naganiacze, prosperowały siatki, które dziś nazwalibyśmy handlarzami ludzi, wikłające ludzi w układ nie do spłacenia. Ekspozycja w Muzeum Emigracji w Ribeira Grande mówi o azorskich migrantach jako „białych niewolnikach”.

Opis w muzeum podaje: „Po 1761 roku, gdy budził się ruch przeciwko niewolnictwu, który zakończył się wraz ze zniesieniem niewolnictwa w 1888 roku, Brazylia doświadczała permanentnych niedoborów siły roboczej. Kwitł proceder sprowadzania ludzi do Brazylii do pracy, także na nieuczciwych warunkach, czego często Azorczycy doświadczali. Często umowy migracyjno-pracownicze podpisywano już na statku, pracownik nie miał już wyjścia ani drogi powrotu.”

Gorączka złota

Azory dzieli od Lizbony około 1,5 tysiąca kilometrów, od wybrzeży Północnej Ameryki mniej więcej dwa razy tyle – wielu ludzi to tam szukało powodzenia i szczęścia, często dlatego, aby uniknąć kontaktu z macierzą. Ze świadectwa jednego z migrantów: „Zrobiłem co mogłem, żeby mój syn nie walczył w wojnach kolonialnych w Afryce”. Portugalia była twarda: Azorczycy musieli odbyć służbę, aby móc opuścić wyspy. Atrakcyjną przepustką na inny kontynent była praca na statku wielorybniczym. Po pierwsze – można było czmychnąć z kraju bez wojska. Po drugie – dotrzeć za granicę bez ponoszenia dodatkowych kosztów.

Dziwi nas dziś obfitość bezpośrednich lotów z Azorów do USA i Kanady (kilka dziennie z maleńkiego lotniska na Terceirze) – ale to ma sens. W obu krajach powstały na przestrzeni lat duże diaspory. Liczne połączenia lotnicze odpowiadają nie tylko na potrzeby turystów, ale też osób, które odwiedzają rodziny czy utrzymują więź z krajem pochodzenia przodków.

Na zdjęciach w muzeum z XIX wieku – liche chatki i ustawione do fotografii rodziny jak żywcem wzięte z Muzeum Emigracji w Gdyni: sceny jak żywcem z Galicji, tylko pożegnania nie na dworcach kolejowych, a w portach. Domki nie drewniane, a kamienne. Bosonogie dzieci z Galicji i bosonogie z Azorów zapewne spotkały się w Ameryce, Kanadzie czy Brazylii – bo wszędzie tam i jedni i drudzy dotarli, z grubsza, w podobnym czasie.

Już w XIX wieku wielu Azorczyków gorączka złota skusiła do USA– odkrycie złota w Kalifornii w 1848 roku wywołało wielką migrację poszukiwaczy złota. Sprawdzam dziś i dziwię się, że gorączka złota to nie epoka, jak sądziłam – trwała siedem lat. Niektórym dała bogactwo, innym szaleństwo, ale Azorczycy zachowali rozsądek: skupili się na rozwoju rolnictwa i dostarczaniu żywności poszukiwaczom. Faktycznie dorobili się majątków. Do dziś rolnicy z Azorów tworzą w USA silną diasporę. Hodowla bydła i uprawa ziemi, oprócz wielorybnictwa, to najmocniejsze azorskie specjalności.

Jeszcze inny kierunek migracji Azorczyków w XIX wieku to Hawaje, wtedy jeszcze stanowiące osobne państwo rządzone przez królową, utrzymujące się z uprawy trzciny cukrowej. „Od 1878 do 1888 roku siedemnaście okrętów przewiozło 11057 migrantów z Azorów i Madery”, informuje plansza w muzeum. Migracja na Hawaje trwała do 1913 roku, gdy wyspy dołączyły już do USA. W sumie, w poszukiwaniu pracy i lepszego życia, emigrowało z Azorów na Hawaje 23 tysiące ludzi. Elementy ich kultury zasiliły lokalne tradycje – przykładem jest ukulele, wzorowane na tradycyjnym instrumencie azorskim o nazwie braguinha. W ogóle mieszkańcy archipelagu zdają się być bardzo muzykalni. Fakt, trafiamy z wizytą na wielkie święto świętego Jana, co i rusz łapanie byków, parady i fanfary – ale zdaje się, że każda wioska, każda parafia ma swoją orkiestrę dętą. Orkiestry paradują, gdzie spojrzeć! Za to ukulele ani widu ani słychu.

Do Kanady – dogadane!

W 1953 roku Portugalia podpisała oficjalną umowę migracyjną z Kanadą – miało to miejsce rok po przyjęciu przez Kanadę nowego prawa imigracyjnego i zaledwie sto lat od powstania Kanady jako państwa. Nowa polityka migracyjno-osiedleńcza miała faworyzować migrantów z Europy oraz zasilać ludźmi rynek pracy. Azorczycy nawykli do ciężkiej pracy nadawali się znakomicie.

Uzgodnione transporty emigrantów ruszyły wiosną, w maju, w sposób ściśle zarządzany przez państwo. Propagowano wyjazdy mężczyzn, w wieku produkcyjnym, zdrowych, z co najmniej podstawowym wykształceniem. Z opisu w muzeum: „Największe trudności […] polegaly na przystosowaniu się do nowego klimatu, języka, frustracji na nieuczciwych pracodawców i tęsknocie za Azorami i rodzinami, które pozostały.”

Mroźna Kanada musiała być dla Azorczyków prawdziwym szokiem, Azory to wyspy wiecznej wiosny. Dwadzieścia kilka stopni, zielono i pachnąco cały rok. Pastwiska żywe cały rok, cały rok kwiaty. Owszem, wody są zimne, często pada deszcz, jest wietrznie – ale nigdy śnieg, nigdy mróz.

Na przełomie czerwca i lipca wyspy są pełne ogromnych hortensji: białych, błękitnych, w odcieniach fioletu, białych i niebieskich apagantów. Wysadzane nimi drogi tworzą na wzórzach zygzaki, samochód jedzie wśród kwietnych balustrad. Lasy pełne kwitnących na czerwono drzew, ogrody pełne rozmaitych kwiatów  – bajka!

Malutka Terceira jest trochę jak planeta Małego Księcia. Też można oglądać zachód słońca kilka razy dziennie, sprytnie zaczynając w górach, a potem zmierzając na wybrzeże. Można ją ogarnąć rzutem oka, można wybrać widok, plażę, widok – wszędzie jest blisko. Łatwo do tej wyspy tęsknić.

Uchodźcy wulkaniczni

W 1957 na wyspie Faial doszło do potężnego wybuchu wulkanu Capelinhos. Wulkan zniszczył dużą część wyspy i zmusił do ucieczki jedną trzecią część mieszkańców. To spowodowało kolejną, ostatnią dużą migrację, głównie do USA.

Stany Zjednoczone ograniczały imigrację w latach 50., limitując liczbę wiz wydawanych obywatelom poszczególnych państw. Po eksplozji, która trwała ponad 13 miesięcy, przyjęto jednak w 1958 r. specjalne prawo (Azorean Refugee Act), które zapewniło pomoc 1500 uchodźcom z Azorów.

Po raz pierwszy USA zdecydowały się wtedy na objęcie pomocą uchodźców katastrofy naturalnej. Przepis dawał możliwość łączenia rodzin. Na przestrzeni kolejnych dwudziestu lat z Azorów wyjechało na podstawie tego prawa ponad 175 tysięcy ludzi – z reguły pierwsi wyjeżdżali mężczyźni, z czasem dołączała reszta rodziny.

Całe Azory są wulkaniczne, są jednak na Azorach miejsca i miejscowości położone dosłownie w kalderze, syczącej i dymiącej, a także oferującej kąpiel w źródłach termalnych: na przykład Furnas. Wzdłuż żelazistego potoku zbudowano baseniki, moczą się w nich goście, unikając zgodnie z instrukcją jasnych kostiumów kąpielowych. Woda ma ponad 38 stopni, wokół kaskady zieleni, wieczorem dodatkowo świateł. Kilkaset metrów dalej – w miejskim parku turyści krążą w kłębach pary wodnej. Bulgocą wrzące źródełka, wrzące dosłownie, są ostrzeżenia, że woda ma ponad 90 stopni – warto powstrzymać chęć włożenia do niej palca.

Tuż pod Furnas restauracje gotują tradycyjne wulkaniczne przysmaki – opatulone garnki ustawiane są nad źródłami i obsypywane piaskiem na kształt stożka. W stożki restauratorzy wbijają plakietki z nazwą restauracji. Gotują się przez noc obiady na następny dzień.

Ostatni duży wybuch wulkanu miał miejsce w latach 50., ale teren ciągle „chodzi”. Nasza gospodyni radzi: “Nie przejmujcie się, jak się zatrzęsie. To będzie trzęsienie ziemi.”

Kaszaloty i humbaki

Opowieść o Azorach nie jest kompletna bez wielorybów, które są ważnym elementem azorskiej tożsamości. Wyspy są na szlakach migracyjnych wielu gatunków wielorybów. Migracja ssaków kiedyś była powodem ludzkiej migracji – właśnie w celu łowienia wielorybów.

Po paru latach pracy na wielorybniczych statkach w USA czy Kanadzie niektórzy wrócili na Azory, rozwijać proceder na miejscu. Od 1896 do 1960 upolowano i zabito na wyspach ponad 12 tysięcy wielorybów.

Polowania na wieloryby skończyły się na Azorach w 1987 roku. Ostatniego wieloryba złapano u wybrzeży Pico, na tej samej wyspie jeszcze w tym samym roku powstała pierwsza firma oferująca obserwowanie wielorybów.”  Krwawe łowy zmieniono na bezkrwawe. Obserwacje wielorybów są dziś główną atrakcją na wyspach.

Ryby i ssaki morskie nie krążą bezładnie w morzach i oceanach, tylko przemierzają je stałymi trasami w przewidywalnych kierunkach o znanych porach roku – w migracyjnym żargonie można powiedzieć, że to migracja cyrkulacyjna: stały ruch, tam i z powrotem, a Azory leżą na szlaku.

Fiszbinowce, jak płetwal błękitny albo humbak – największe gatunki, których paszcze wyposażone są w konstrukcje filtrujące wodę, żeby pozyskać z niej drobne żyjątka (kryl) – odpoczywają tutaj, robią przystanek na swoje filtrowanie w bogatych wodach, zanim przeniosą się na lato na północ. Jesienią wracają i mijają Azory w drodze na gody, na cieplejszych wodach.

Samice i młode  kaszalota – gatunku pozbawionego fiszbin, z prostokątną wielką głową, która może mieścić nawet dwie tony substancji zwanej spermocet – są obecne przez okrągły rok, ale ogromne 20-metrowe samce też migrują na północ.

Spermocet ma właściwości podobne do wosku – zmienia stan skupienia w niewielkiej temperaturze. Wielorybowi pomaga w echolokacji i pływalności podczas głębokich nurkowań. Ludziom przydawał się na świece i kosmetyki – i był powodem polowań (nie góra mięsa, jak by się mogło wydawać).

Szczęśliwie dziś największe zainteresowanie ludzi budzi inna część wieloryba – wielorybi ogon. Widok wielkiej płetwy z gracją chowającej się w wodzie faktycznie robi wrażenie. W pobliżu wieloryba turyści milkną, nieuciszani. Widzimy tylko grzbiet, jeden, drugi, trzeci. Wynurza się to tu, to tam, gdy tymczasem zabawiają nas grupy biało- i żółtobrzuchych delfinów.

Pogoda ducha, entuzjazm i radość delfinów są zaraźliwe. Sama myśl o tym, z jak widoczną frajdą bawią się ze sobą, z falami, jak dają nury w wodę, wyskakują, ścigają się, jest chyba lecznicza – tak podnosi na duchu.

Na myśl przychodzi też od razu Pan Maluśkiewicz z wiersza Juliana Tuwima, pozwalam sobie na lekką korektę 😉

Teraz, gdy kto mnie zapyta,
Widziałam ci już wieloryba,
Nosa do góry zadzieram
I odpowiadam: – No, chyba…

Śledź mój blog

Loading

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *